Najpierw zniknęło niebo
Najpierw zniknęło niebo.
Nie nagle. Powoli.
Błękit nad batyskafem G-1897 stawał się coraz ciemniejszy, jakby ktoś warstwa po warstwie gasił świat. Jeszcze przez chwilę nad nimi drżały srebrne promienie słońca, łamały się na wodzie i spływały w dół długimi smugami.
Potem zostały tylko reflektory.
Batyskaf schodził głębiej.
Tysiąc metrów.
Dwa tysiące.
Trzy.
Metalowa konstrukcja od czasu do czasu odpowiadała oceanowi cichym trzaskiem. Nie było w tym nic niepokojącego. Tak przynajmniej powtarzano przed wyprawą.
Na tej głębokości ciśnienie zawsze przypominało człowiekowi, że znajduje się w miejscu, do którego natura nigdy go nie zapraszała.
Za iluminatorem przesunęła się meduza.
Świeciła własnym, bladym światłem.
Potem następna.
I jeszcze jedna.
Przez chwilę wyglądały jak niewielkie lampiony zawieszone w czerni.
Nikt się nie odzywał.
Nie dlatego, że było czego się bać.
Po prostu głębiny mają w sobie coś, co odbiera człowiekowi potrzebę mówienia.
Na powierzchni wszystko domaga się uwagi.
Tutaj nie było nic.
A jednak miało się wrażenie, że coś patrzy.
Schody na dnie oceanu
Na głębokości czterech tysięcy metrów reflektor uchwycił dno.
Najpierw pojawił się piasek.
Potem fragment skały.
Kilka białych muszli.
I coś, co nie pasowało do żadnego z tych rzeczy.
Prosta linia.
Operator przesunął światło.
Linia okazała się krawędzią kamiennego stopnia.
Pod nim znajdował się następny.
A potem kolejny.
Schody schodziły jeszcze głębiej.
Batyskaf zatrzymał się.
Światło ruszyło wzdłuż kamiennej konstrukcji. Odsłaniało fragmenty kolumn, porośnięte koralami ornamenty i popękane łuki.
Ktoś powiedział cicho:
— To nie może być naturalne.
Nikt mu nie odpowiedział.
Reflektor przesunął się dalej.
I wtedy zobaczyli pierwszą tabliczkę.
Niewielką. Ciemną. Przytwierdzoną do czegoś przypominającego kamienny drogowskaz.
Przez osad trudno było odczytać litery.
Operator zwiększył moc światła.
Na metalu pojawiły się słowa:
NIEZNANE JEST PIĘKNE
Ktoś się zaśmiał.
Krótko.
Nerwowo.
— Bardzo zabawne.
Tylko że nikt na pokładzie się nie śmiał.
Batyskaf ruszył dalej.
4320 metrów.
Świat reflektorów powoli zmieniał się w miejsce, które coraz mniej przypominało dno oceanu.
Pomiędzy skałami wyrastały kolumny.
Za nimi majaczyły kopuły.
W piasku leżały fragmenty czegoś, co przypominało mozaiki.
Nad jedną z nich unosiła się ławica drobnych ryb. Gdy batyskaf się zbliżył, rozstąpiły się niemal równocześnie.
I wtedy ukazała się druga tablica.
Większa.
Ozdobiona metalową ramą przypominającą iluminator starego okrętu.
Na górze widniał napis:
WYPRAWA W GŁĘBINY
A poniżej:
OCEAN ODKRYWA TAJEMNICE
Tym razem nikt się nie odezwał.
Bo trudno było już traktować to jak przypadek.
4687 metrów
Głębokościomierz wskazał:
4687 metrów.
Dokładnie wtedy reflektory znalazły bramę.
Ogromną.
Wyższą od batyskafu kilkukrotnie.
Dwie kamienne figury stały po obu jej stronach, jak strażnicy miejsca, którego nie powinno już być.
Za bramą rozpoczynała się droga.
A dalej...
miasto.
Nie sterta ruin.
Nie pojedyncze fundamenty.
Miasto.
Wieże niknęły w ciemności. Kopuły pokrywały korale. Schody prowadziły pomiędzy budowlami, a w szczelinach kamienia rosły delikatne, błękitne rośliny poruszające się w rytmie prądów.
Na największym łuku znajdował się okrągły medalion.
Operator skierował na niego światło.
Litery były wyraźne.
ATLANTYDA
Przez kilka sekund w kabinie słychać było wyłącznie pracę urządzeń.
Potem ktoś powiedział:
— Zapisujcie wszystko.
Ale nikt nie sięgnął po notatnik.
Bo właśnie wtedy, daleko za bramą, zapaliło się światło.
Jedno.
Błękitne.
Małe jak gwiazda.
Po chwili pojawiło się następne.
Potem trzecie.
Światła zapalały się jedno po drugim wzdłuż zatopionej ulicy.
Nie migotały.
Nie dryfowały.
Stały nieruchomo.
Jak lampy.
Jakby całe miasto, pogrążone od wieków w ciemności, właśnie dowiedziało się, że ktoś przybył.
Miasto otwiera oczy
Dowódca patrzył przez iluminator.
— Wyłącz reflektory.
Zapadła ciemność.
Prawdziwa.
Tak głęboka, że przez moment człowiek nie był pewien, czy nadal ma otwarte oczy.
Ale światła miasta nie zgasły.
Wręcz przeciwnie.
Było ich coraz więcej.
Dziesiątki.
Setki.
Zarys ulic pojawił się w czerni.
Potem schody.
Kolumny.
Kopuły.
Atlantyda świeciła.
Nie mocno.
Nie tak, jak miasta na powierzchni.
Raczej jak coś, co przez bardzo długi czas spało i właśnie powoli otwierało oczy.
Wtedy rozległo się uderzenie.
Tok.
Wszyscy spojrzeli na iluminator.
Po chwili drugie.
Tok.
I trzecie.
Tok.
Ktoś wyszeptał:
— Co to było?
Nikt nie odpowiedział.
Reflektor włączono ponownie.
Przed szybą nie było nic.
Żadnej ryby.
Żadnego fragmentu skały.
Tylko drobne pęcherzyki unoszące się ku górze.
Dowódca wydał polecenie odwrotu.
Batyskaf zaczął obracać się powoli.
Wtedy światło przesunęło się po ostatnim fragmencie muru.
Na kamieniu znajdowała się jeszcze jedna tabliczka.
Znacznie mniejsza od pozostałych.
Nie było na niej ozdobników.
Jedynie kilka znaków.
Operator zbliżył obraz.
Przez chwilę nikt nie rozumiał, na co patrzy.
A potem ktoś powiedział:
— To niemożliwe.
Na tabliczce widniało:
BATYSKAF G-1897
Pod spodem znajdowała się data.
Data dzisiejszego zejścia.
Batyskaf zaczął się wynurzać.
Niektóre prowadzą z powrotem
4700 metrów.
Światła Atlantydy powoli znikały pod nimi.
Nikt już nie patrzył w dół.
Dopiero przy trzech tysiącach metrów jeden z członków załogi zauważył otwarty dziennik wyprawy.
Leżał dokładnie tam, gdzie pozostawiono go przed zejściem.
Na ostatniej stronie znajdował się nowy wpis.
Atrament wyglądał, jakby dopiero wysechł.
Nie było podpisu.
Tylko dwa zdania:
„Nie każda odkryta głębia prowadzi do nowych tajemnic.”
Niżej, zapisane innym charakterem pisma:
„Niektóre prowadzą z powrotem.”
Nikt nie zapytał, co to znaczy.
Na powierzchnię wypłynęli tuż przed świtem.
Ocean był spokojny.
Zupełnie zwyczajny.
Jakby pod nim nie było schodów.
Brama nie istniała.
Miasto nigdy się nie obudziło.
Dopiero wieczorem, podczas przeglądania materiału z kamer, znaleźli ostatnie nagranie.
Powstało już po rozpoczęciu wynurzania.
Batyskaf oddalał się od Atlantydy.
W dole gasły kolejne błękitne światła.
Jedno.
Drugie.
Trzecie.
Aż została tylko ciemność.
Operator zatrzymał obraz.
Powiększył go.
Daleko przy bramie, dokładnie w miejscu, w którym wcześniej nikogo nie było, stała niewielka postać.
Nie poruszała się.
Patrzyła w stronę odpływającego batyskafu.
A w dłoni trzymała coś, co w świetle ostatniego reflektora błysnęło na złoto.
Stary hełm nurka.
Sygnał z głębin
Dokładnie taki sam jak ten widniejący na emblemacie wyprawy.
Od tamtej chwili G-1897 nigdy więcej nie zszedł na głębokość 4687 metrów.
Ale czasami, podczas kolejnych rejsów, sonar rejestrował coś bezpośrednio pod statkiem.
Pojedynczy sygnał.
Zawsze z tej samej głębokości.
4687 metrów.
Jakby ktoś tam na dole nadal wiedział, gdzie ich szukać.
I cierpliwie czekał, aż któregoś dnia odwaga znów poprowadzi ich w głębiny.





